Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli Potargane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Myśli Potargane. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 sierpnia 2010

na wkurwie

Jak w tytule. Znowu jestem na wkurwie. A przez chwilę było mi jakby lżej. Już dwa, może trzy tygodnie temu wyprowadziłam się od J. Potem byłam u niego ze trzy razy, a dwa razy poszłam z nim do łóżka. To nie było dobre, bo wiem ile dla niego znaczyło, ale jednocześnie dla mnie było niezbędne. Czułam się pusta, ale taką pustką zasysającą mnie od środka i cały czas czułam to ssanie. Chciałam zagłuszyć to wstrętne uczucie, potrzebowałam fizycznie odreagować ogromny ból jaki czułam, pocieszałam go. Ledwo zaczynał mnie dotykać na policzki wylewały mi się strumienie łez, ale nie było już odwrotu. Seks był mocny, pełen bólu, żalu, złości i wreszcie agresji. Wracałam do domu i płakałam całą noc. Lepiej było mi tylko w pracy. Stopniowo wyciszam J. w sobie i idzie mi chyba całkiem nieźle, choć wiem, że to dopiero początek drogi. Mamy ze sobą bardzo mało kontaktu jak na jedenaście wspólnych lat.
Tuż po tym jak podjęłam decyzję o wyprowadzce, ale zanim to jeszcze zrobiłam sypiałam bardzo źle. W ogóle nie sypiałam. Leżałam na kanapie gapiąc się bezmyślnie na monitor laptopa do rana. A rano- uff do pracy. Pierwsze noce na Mokotowie były jak marzenie. Ledwo przykładałam głowę do poduszki cały świat zmieniał się w miękką aksamitną czerń. Było cudnie. Teraz już nie jest tak bajkowo. Leżę długo w pustym łóżku i wyobrażam sobie, że obok leży męskie ciało. Ciepłe, ale nie wiem jak ciepłe. I pachnące, ale nie wiem jak pachnące. Dotyka mnie, ale nie wiem jaki to dotyk. Potrzebuję mężczyzny u swego boku i nie jest to żadna tajemnica. Nie lubię być sama, choć oczywiście stan ten ma swoje zalety to jeszcze ich nie poznałam.
Kilka dni temu A. powiedział mi, że w przyszłym roku też nie dostanę obiecanej umowy. W jednej chwili mój świetny humor prysnął. Do końca dnia byłam pochmurna i pogrążona w swoich myślach. Kiedy zauważył, że "zrzedłam i mina mi skwaśniała" odpowiedziałam, że od początku mojej pracy mnie zwodzi. Zdziwił się chyba, ale zrozumiał. Dobry humor nie powrócił. Cały czas czuję się zawiedziona, rozczarowana, oszukana... Nie mogę chodzić do pracy, nie chcę. Jestem naładowana złymi emocjami. Chodzę jak bomba i wszystkimi siłami staram się opanować. Nie chcę wybuchnąć, bo i tak nie mam wpływu na decyzje prezesa. A. też nie może nic zrobić, a mój wybuch żalu właśnie w niego by uderzył.
Zadziwiające jest to, jak on na mnie działa. Rozładowuje mnie, rozbraja w jednej chwili- spojrzeniem czy słowem. I nawet nie celowo. Jakoś tak, po prostu. I tylko gdy wychodzi a ja odbieram kolejny telefon od Nieporadnych Pizdek mam ochotę wykrzyczeć im w słuchawkę, że niańczenia ich nie mam w umowie, że niczego nie mam, więc mogą spierdalać na drzewo.
Liczę, że mój SS A. (Super Szef- dla tych, którzy nie pamiętają) coś wymyśli, a urlop w Barcelonie przywróci mi chęci do pracy, którą w gruncie rzeczy kocham.
A do wyjazdu jadę na wkurwie i niech buk Was wszystkich broni przed włażeniem mi w drogę.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

"...jest czwarta w nocy. Piszę przez chwilę,
to co mi się we łbie ułożyło..."

Więc nie jest czwarta, tylko pierwsza w nocy. Reszta się mniej więcej zgadza.
Ostatnio czas upływa mi na zastanawianiu się i łapaniu doła, albo na zastanawianiu się i łapaniu krótkich chwil radości i nadziei.
Sytuacja wygląda następująco: Odchodzę od J. Tak znowu. Rozszarpałam mu serce, potem wsadziłam w nie łapę i pomieszałam jeszcze trochę a teraz się zmywam. Czuję się z tym strasznie źle, ale nie mam wyjścia. Przynajmniej innego nie widzę. Nie potrafię zmotywować go do działania, zmusić do aktywności. Jego starania ograniczają się usługiwania mi jak jestem w domu. Do biegania z herbatą i kanapkami.
A ja potrzebuję mężczyzny. Faceta z krwi i kości, który pójdzie do pracy, a jak wróci to zerżnie mnie na kuchennym blacie nie pytając czy mi wygodnie. I jednocześnie będzie nosił mnie na rękach z uwielbieniem. Nie ma takich? Więc zdechnę w samotności marząc o seksie, którego już nie zaznam. Bo był kiedyś ktoś taki. Ale nie chcę wracać do przeszłości od której z trudem się uwolniłam. Chcę mężczyzny z charakterem silniejszym od mojego. Takiego, któremu ja się podporządkuję. Który mając nade mną przewagę wykorzysta ją, by się o mnie troszczyć. Będzie się mną opiekował, żebym mogła czuć się kobietą w jego ramionach. Nie pozwoli mi wątpić. Będzie śmiało sięgał po to, czego pragnie- po mnie.
Mam nadzieję, że jest ktoś taki. Dobranoc.

"...cóż, jedyną matką jaką znasz
jest nadzieja... głupią matkę masz
jeśli wiesz, co chcę powiedzieć

i jutro gdy obudzisz się
poczujesz swą w nocniku dłoń
jeśli wiesz, co chcę powiedzieć..."

http://www.youtube.com/watch?v=4vSbrYml0pE&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=kukXGeWNq6E



poniedziałek, 8 lutego 2010

na skórzanej kanapie w mieście W.

Siedzę i oglądam "jagodową miłość". Zastanawiam się nad sobą. Dobrze mi tu, na tej kanapie. Ale czy to jest moje miejsce?


P.S. tęsknię za skowronkiem, chyba tu wrócę :)

wtorek, 14 lipca 2009

Jest dobrze.

Mam problem z przedstawieniem jednej z przyjaciółek. Imię i ksywę ma na "K", ale nie chcę, żeby się myliło z TYM "K". Nazwisko ma na "G", ale "G" to też moja przyjaciółka, która już tu zaistniała. Mało kto jeszcze pamięta, ale nazwisko panieńskie ma na "D". Zatem "D".
Rozważania moje nie są bezcelowe i nie służą tylko porządkom. Wczoraj na Skype przeprowadziłam z D. ("D" do niej nie pasuje, muszę zapytać co o tym myśli). Więc rozmawiałam z nią na Skype i jak zawsze była bardzo zajęta, bo jest siłą napędową w firmie, w której pracuje, co oczywiście zupełnie nie przeszkadzało mi w zalewaniu jej swoimi narzekaniami. I nagle ni z tego ni z owego spojrzałam uważnie na to swoje marudzenie i wyszło, że:
- dostałam urlop w lipcu, jak chciałam
- zostałam już zgłoszona do programu pracowniczej opieki zdrowotnej, jak chciałam
- zapisałam się na kurs fotografii na ASP, jak chciałam.
Przyzwyczaiłam się już do tego, że ZAWSZE wiatr wieje mi w oczy, a tu całkiem niespodziewanie jest dobrze.
Cholera- i co ja teraz zrobię?
Kana, ładnie namieszałaś mi w głowie.

wtorek, 23 czerwca 2009

i znowu...

Kolejny tydzień, cholera. Wczoraj udało mi się wymigać od pracy, ale dzisiaj to już nie dało rady. Zresztą jeśli chcę
dostać tydzień urlopu w lipcu (w tym roku mogę dostać urlop w dowolnym terminie poza lipcem), podpisać umowę ze
zmianami jakich chcę i dostać pracowniczy pakiet świadczeń zdrowotnych (nie jestem pracownikiem, tylko
współpracownikiem), to muszę być grzeczna i nie podpadać. Przynajmniej do czasu uzyskania w/w korzyści. A że zawsze lepiej działała na mnie marchewka niż kij, to nie jest tak
najgorzej. Wyszło dzisiaj słońce i weekend upłynął mi też
bardzo miło (w tym tygodniu poniedziałek też zaliczam do
weekendu), to humor też mi dopisuje. No i te boskie
kanapki z ekstra tuńczykiem i zielonymi oliwkami. Dlaczego tak dawno ich nie jadłam?

piątek, 19 czerwca 2009

jestem przybita

Jestem przybita.
Nie chce mi się pracować, nie chce mi się wracać do domu. Mam za dużo K. w głowie, a życie nie spełnia moich oczekiwań.
Jestem przybita.
Nie widzę efektów swojej pracy. Coraz trudniej jest mi
wszystko pogodzić. Kasy wciąż brakuje.
Jestem przybita.
Potrzebuję odpocząć, wyrwać się gdzieś, uciec. Nie ma na
to szans. Nie będzie wakacji w tym roku.
Jestem przybita.
Jak mnie nie było J. pisał piękne maile, mówił piękne słowa. Że kocha, że tęskni, że wszystko zrozumiał i wszystko się
zmieni. Pozwoliłam mu się zbliżyć i nie zmieniło się nic. Poza tym, że jeszcze mniej mam na to ochotę.
Jestem przybita.
Nie czuję się seksownie, nie czuję się kobieco, nie czuję się
nawet atrakcyjnie.