wtorek, 29 marca 2011

Zanim zapomnę jak było

(zaznaczam, że jest to wersja zdarzeń jaką JA pamiętam. Całkiem możliwe i wręcz prawdopodobne, że ON pamięta wszystko inaczej. Wybaczam mu.)

     Pamiętacie wpis z 02 sierpnia?
Otóż znalazł się ktoś taki. Oczywiście nie od razu. Najpierw wprowadziłam się z powrotem na Mokotów, odchodziłam, wracałam, wątpiłam, wahałam się, naiwnie szukałam nadziei i biernie pozwalałam, żeby życie toczylo się swoim torem. Skupiona na Milvie i pracy- ostatnich dwóch rzeczach, na których mi zależało przepuszczałam dni przez palce zapominając o marzeniu o wielkiej namiętności.
     Sama nie wiem kiedy to się zaczęło. Był październik, może listopad. O nie! to był 07 grudnia (właśnie dostałam podpowiedź). Więc zaczęło się w grudniu. Byłam w pracy, dzień jak codzień. Zagrzebana w stertach ciuchów i dodatków nagle dostaję sms'a. Konar (wcześniej kiedyś wspominałam o nim w tryptyku sennym jako o przyjacielu Ł) zaprasza mnie wieczorem na koncert (jego koncert) do Hard Rock Cafe i oczywiście przeprasza, że tak w ostatniej chwili. Pomyślałam sobie, że w sumie to super, bo dawno się już nie widzieliśmy a bardzo się lubimy, to blisko mojej pracy no i i tak nie miałam planów na wieczór. Udało mi się namówić nową koleżankę z pracy Olę, żeby ze mną poszła. Nie chciałam iść sama, żeby nie czuł, że musi mnie niańczyć no i w razie czego nie chciałam pić piwa przy pustym stoliku. Ola się zgodziła.
     Był to czas kiedy na prawdę do późna siedziałam w pracy (pracy bylo dużo a ja niespecjalnie miałam dokąd wracać)
     Jak przyszłyśmy byli już na scenie. Ku mojemu zaskoczeniu Ola bawiła się dobrze. Po koncercie przywitałam się tylko w przelocie i poszłyśmy wgłąb sali usiąść przy stoliku i poplotkować trochę. Nie minęło dużo czasu jak zobaczyłam go przedzierającego się przez tłum w naszą stronę. Jako, że jest zazwyczaj głowę lub więcej wyższy od reszty ludzi, dojrzenie go nigdy nie stanowi problemu. Po drodze kupił piwo i dosiadł się do nas. We troje rozmawialiśmy i żartowaliśmy. W przyjacielskim gronie i wspomagana piwem czułam się swobodnie. Śmiałam się jak zwykle całą sobą, raz odchylałam głowę do tyłu, raz pochylałam się nad stolikiem i... nasze głowy zetknęły się. Tylko na chwilę. Pomyślałam, że to przypadek. Ale potem znowu, na dłużej. Minęło jeszcze parę chwil i oddawaliśmy się tej drobnej, przyjacielskiej przyjemności bez skrępowania. TAK, BYŁO PRZYJEMNIE!
     Następnego dnia jak zwykle wymieniliśmy się podziękowaniami i zapewnieniami jak dobrze się bawiliśmy, a także postanowieniami częstszych kontaktów. I jak zwykle pomimo absolutnej szczerości chęci zagęszczenia naszych kontaktów nie wierzylam, że w natłoku zajęć codziennych uda nam się spotykać częściej niż te nasze "raz na pół roku".
     Myliłam się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz